Leki przeciwdepresyjne pozwalały spokojnie zasnąć i zapomnieć o problemie. Z czasem - mimo, że byłem abstynentem - zacząłem dla wzmocnienia ich działania mieszać je z alkoholem. Dawkowanie stawało się coraz większe. Przechodziłem na mocniejsze medykamenty. Doszło do tego, że w 1996r. byłem już dosyć poważnie uzależniony od benzodiazepin i tramalu. Ten ostatni podawałem w iniekcjach dożylnych. Spałem całymi dniami i budziłem się co 4-5 godzin, żeby sobie zrobić zastrzyk. Ktoś pewnie zapyta, co działo się z rodzicami. Nie potrafię powiedzieć do końca. Do dziś mam z tamtego okresu luki w pamięci. Widzieli co się dzieje, ale chyba spisali mnie na stracenie. Kiedyś naćpany powiedziałem im, że jestem pedałem... W zamian na drugi dzień miałem przygotowane osobne naczynia. Nawet nie było mi przykro, bo rzeczywistość docierała do mnie tylko we fragmentach. Zresztą i tak miałem już taki upodlony obraz samego siebie, że uznałem, że chyba mają rację. Ćpałem, piłem, zacząłem palić. Filozofię życia czerpałem z piosenek zespołu Wilki i IRA. Po prochach świat był bardziej wyostrzony, wyraźny. Słońce świeciło intensywniej. Liczyło się tylko to i walkman na uszach. Oto kilka zapisków, które zachowały się z tamtego okresu:

 

5.09.1996r.

"Zaczynam prowadzić ten dzienniczek, bo zaczyna się ze mną dziać coś dziwnego. [...] Miałem całkowitą lukę w pamięci [...] Na urodzinach E. zachowywałem się nienaturalnie. Odlatywałem we własne myśli"

 

6.09.1996r.

"[...] Obudziłem się. Czułem strach i niepokój. Wierciłem się. Stale się budziłem i zasypiałem. Rano bolała mnie głowa i byłem wykończony. Dziś myślałem tylko to tym, żeby leżeć w łóżku, słuchać "Wilków" i marzyć. Coraz częściej mam problemy z rozróżnianiem, co jest prawdą, a co sobie wymyśliłem. [...] Wziąłem 3 kapsułki Doxepiny - uspokoiły mnie. Potem jeszcze jedna. W kościele byłem już całkiem spokojny"

 

8.09.1996r.

"Przebudziłem się koło piątej. Nie mogłem brać prochów bo zaspałbym do kościoła. Ostatnio bardzo nie lubię ciszy. Zawsze, gdy zapada cisza słucham muzyki. Dawniej tak nie było."

 

9.09.1996r.

"[...] Mam uczucie lęku, ale nie wiem przed czym."

 

20.09.1996r.

"Dziś powiedziałem o sobie E. Zrobiłem to pierwszy raz. Zamierzam powiedzieć K. i R. Boje się Reakcji K.L."

 

22.09.1996r.

"Już wie E. i R. Spoko!"

 

   W wakacje tego roku straciłem zupełnie panowanie i kontrolę nad dawkowaniem lekarstw.

Teoretycznie wiedziałem czym to grozi, ale nie zdawałem sobie pojęcia, żę granica kontrolowania swojego postępowania może być taka płynna. Pamiętam z tego okresu tylko tyle, że miałem wszystkiego już dosyć. Byłem wyczerpany walką z samym sobą i całym światem. Nie widziałem wyjścia z sytuacji. Resztę znam z relacji rodziny i znajomych.

 Pamiętam, że naszykowałem dosyć ostrą mieszankę lekarstw. Było tam wszystko –  tramal, barbiturany, najsilniejsze benzodiazepiny. Miało się udać.. byłem tego pewny. Pamiętam, że zupełnie spokojny poszedłem do łazienki z przygotowanym arsenałem, który miał zniszczyć wszystko, co wydawało mi się wstrętne i odrażające. Zastrzyki robiłem w bardzo opanowany sposób. Jeden po drugim – bo nie wiedziałem jaka będzie reakcja, gdy zmieszam wszystko w jednej strzykawce. Chciałem, żeby nie bolało – ot, spokojnie zasnąć i  po problemie. Chyba źle policzyłem dawki…

 Obudziłem się na toksykologii podpięty do kroplówek – podobno spałem 3 dni. Pogotowie, które wezwali Rodzice tylko zmierzyło mi ciśnienie. Pamiętam, jak przez mgłę, że jeden z sanitariuszy wycedził na obchodne  mi na ucho: „Myślisz skurw…, że nie mamy nic innego do roboty?”. Dopiero karetka wezwana przez lekarza rodzinnego zabrała mnie do szpitala.

 Byłem wściekły, że nie udało się. Cholernie chciało mi się zapalić papierosa. Odpiąłem wenflon od kroplówki i wyszedłem z sali chwiejnym krokiem. Złapała mnie pielęgniarka – wydarła się nieziemsko J. Ale obiecali, że jak zejdą jeszcze dwie kroplówki to będę mógł zapalić.

 Na oddziale samobójców panowała rewelacyjna klima J. 70% to młodzież, która łykała prochy po miłosnym zawodzie. Nasze problemy bardzo zbliżały – świetnie się rozumieliśmy. W drugim dniu opuściła mnie wściekłość. W jej miejsce przyszedł smutek i wyrzuty sumienia. Odwiedził mnie ksiądz, który był moderatorem oazy. Bardzo ostrożnie wypowiadał słowa. Ja nie mogłem za bardzo mówić – leki spowodowały, że nie język mi się plątał i wydawałem z siebie tylko bełkot.

Po kilku dnach ogarnęło mnie uczucie niepohamowanej radości. Byłem szczęśliwy, że nie wyszło. Humor spieprzył mi tylko szpitalny kapelan, który odmówił mi rozgrzeszenia – to była ostatnia próba spowiedzi w Kościele katolickim.

 Już w szpitalu wiedziałem, że już nigdy tego nie powtórzę… nigdy!!!

 Po wyjściu ze szpitala i zwolnieniu lekarskim udało mi się znaleźć pracę. W związku z uzależnieniem rozpocząłem terapię. Udało się. W grudniu poznałem dziesięć lat starszego od siebie faceta, a w styczniu udało się znaleźć pracę. Zamieszkaliśmy razem.

 Rodzice stopniowo zaczęli się przyzwyczajać do wszystkiego. Obecnie akceptują mnie i Pawła. A fakt, że nie mieszkamy razem bardzo pozytywnie wpłynął na moje relacje z nimi.

 W związku z ujawnieniem przed najbliższymi znajomymi swojej orientacji seksualnej nie spotkało mnie właściwie nic przykrego – poza jednym przypadkiem próby sprowadzenia mnie na dobrą ścieżkę przez aktywistów oazowych.

 Obecnie jestem całkiem normalnym facetem, który potrafi cieszyć się życiem i boryka się ze zwyczajnymi problemami dnia codziennego. Nie potrafię powiedzieć jak to się stało, że problem z zaakceptowaniem własnej orientacji tak tragicznie odcisnął się na moim życiu. Teraz nie stanowi to żadnego problemu – stałe towarzystwo, w którym się obracam wydaje się zupełnie tego nie dostrzegać. Dostajemy wspólne zaproszenia na śluby i wesela J. Życie toczy się dalej…


1997

 

STRONA GŁÓWNA

PREHISTORIA

SZKOŁA PODSTAWOWA

1991

1992

1995

 

POWRÓT DO BLOGA

 

 

 

SAMOBÓJCA

Był młody...

miał wiele nadziei

lecz ktoś mu zabronił kochać

ktoś powiedział cos podłego

 

Nadzieje uleciały

młodość przestała się liczyć

To słowo przygniotło

nie wytrzymał...

- wyszedł przez okno...